Filozofia polska czy filozofia w Polsce?

Wstęp

Niniejszy tekst jest inspirowany przede wszystkim lekturą wstępu do Historii filozofii polskiej, która wyszła spod piór Jana Skoczyńskiego oraz Jana Woleńskiego, oraz dyskusją w gdyńskiej księgarniokawiarni Vademecum w ramach warsztatu o tym samym tytule. Poddane zostaną tutaj przemyśleniu rozkminy, które kłębiły się w mojej głowie i zostały zderzone z rozkminami innych uczestników warsztatu.

W pierwszej części niniejszego eseju postaram się odpowiedzieć na pytanie ogólne: Czy w ogóle jest coś takiego jak filozofia narodowa?

W następnej części, niezależnie od odpowiedzi na pierwsze pytanie, postaram się odpowiedzieć na pytanie: Jaka mogłaby być polska filozofia narodowa?

W ostatniej części postaram się odpowiedzieć na pytanie tytułowe.

Nie marnując dłużej cyfrowego atramentu, zacytuję klasyka i zabieram się do roboty:

„Nic nie jest tutaj oryginalne, chyba że niechcący”

Rafał Urbaniak

Czy w ogóle jest coś takiego jak filozofia narodowa?

Zawarta w pytaniu teza może na pierwszy rzut oka wydawać się trywialnie prawdziwa.  Przecież przedmiotowi „filozofia” nieraz przysługuje predykat odnoszący się do jakiegoś narodu. Mówimy przecież „filozofia brytyjska”, „filozofia amerykańska”. Co jednak mamy na myśli mówiąc dane wyrażenia? Czy jest jakiś transcendentalny byt jakim jest Naród-Brytyjski-W-Ogóle, który jest warunkiem możliwości bycia Brytyjczykiem? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, a taką odpowiedź biorę pod uwagę , to sprawa się nieco komplikuje. Gdyby odpowiedź brzmiała „tak”, to sprawa byłaby prostsza, ponieważ wyrażenie „filozofia brytyjska” odnosiłby się do owego bytu. Nie przyjąwszy jednak istnienia owego bytu, musimy przyjąć konsekwencję, jaką jest pustość wyrażenia „filozofia brytyjska”, ponieważ do niczego się ono nie odnosi.

A jednak nie wydaje się, by owo wyrażenie się do niczego nie odnosiło. Przecież podając pewne nazwiska, potrafimy znaleźć pewną cechę wspólną. Już u Rogera Bacona można dostrzec pewne protoempiryczne tezy, które – jakże mocno – kojarzą się z filozofią brytyjską. U Jana z Salisbury można znaleźć pewne protonominalistyczne tezy, które rezonowały w poglądach najbardziej rozpoznawalnych Wyspiarzy.

Co może ich łączyć, jeżeli nie jakaś wspólna, metafizyczna podstawa, jaką byłby Naród-Brytyjski-W-Ogóle? Hm…

Jakie są najsłynniejsze uniwersytety na Wyspach? Oxford i Cambridge. Jeżeli wejdzie się na stronę Oxfordu na angielskiej Wikipedii i  za pomocą komendy ctrl+f wyszuka się frazę „phil”, to oczom odbiorcy ukaże się taki obraz:

Grosseteste, Ockham, Hobbes, Bentham, Locke, Ryle, Ayer, Nozick, Rawls, Anscombe, Grice, Nagel, Williams, Singer. Każdemu, komu te nazwiska coś mówią – nawet jeśli nie wie, co dokładnie – mówią  zapewne „liberalizm, empiryzm, filozofia analityczna”. Jest to przekrój filozofów z ostatnich 700-800 lat. A nie zostali wymienieni wszyscy, którzy z Oxfordem są związani (nie wiem, dlaczego został pominięty np. Roger Bacon, uczeń Roberta Grosseteste).

Na analogicznej stronie Cambridge nie jest tak kolorowo, więc nie umieszczę obrazka, a tylko wspomnę, że z Cambridge związani byli m.in. Francis Bacon, Bertrand Russell i George Moore.

Co się jawi w powyższych akapitach? Pewien trywialny fakt, że czołowi brytyjscy filozofowie studiowali w tych samych uniwersytetach. Sam ten fakt jeszcze niczego nie daje, jednak nie można nie doceniać kwestii, jaką jest tradycja uniwersytecka. Między Robertem Grosseteste, który na Oxfordzie studiował i wykładał w XIII wieku, a Ayerem, który tamże studiował i wykładał w XX wieku byli jeszcze inni – niekoniecznie zdobyli porównywalną sławę, ale byli. Kiedyś studia wyglądały nieco inaczej niż teraz. Były bardziej kameralne i dominowała relacja uczeń-mistrz, jak w przypadku duetu Robert Grosseteste-Roger Bacon.  Uczniowie często kontynuowali prace swoich mistrzów, przez co powstawała długoletnia tradycja.

Stawiam tu hipotezę, że  tradycja ma niebanalny wpływ na charakter filozofii, która jest uprawiana w danym regionie. Kult pewnej filozofii na danym uniwersytecie może być tak wielki, że nawet przychodząc jako zwolennik myśli konkurencyjnej, można skończyć jako największy przedstawiciel dominującego poglądu. O ile jeszcze nic konkretnego z tego nie wynika, jest to pewna przesłanka, która wyjaśnia, dlaczego mówiąc „filozofia brytyjska” mamy takie, a nie inne skojarzenia.

Nietrywialny wpływ na charakter danej filozofii ma również język. Dzieło, które oryginalnie zostało w języku angielskim napisane, niemalże od razu dostępne jest niemalże połowie świata. Lata temu, gdy Locke napisał swoje Rozważania dotyczące rozumu ludzkiego, George Berkeley, swoisty kontynuator i krytyk myśli Locke’a, nie musiał wcale być w bezpośrednim kontakcie ze swoim mistrzem, by napisać swój Traktat o zasadach ludzkiego poznania , do którego z kolei odnosi się David Hume. Cała trójka pochodziła skądinąd. Locke był Anglikiem, Berkeley Irlandczykiem, a Hume Szkotem. Łączył ich natomiast wspólny język, w którym pisali.

Powyższe rozważania nie mają na celu udowodnić żadnej tezy, a jedynie rzucić światło na to, co może kryć się za wyrażeniem „filozofia brytyjska”. Rozważania te można oczywiście ekstrapolować na każdą filozofię narodową. Co więcej, owe rozważania można nawet zawęzić do określonych ośrodków. Przykładami mogą być tak wspominany już Oxford, jak i Berlin czy nasz rodzimy Lublin. Jest prawdopodobieństwo, że studiując w jednym z wymienionych ośrodków będzie się przedstawicielem jego tradycji.

Jaka jest zatem odpowiedź na pytanie z tytułu rozdziału?

Nie jest tak, że nie jest to możliwe.

Jaka mogłaby być polska filozofia narodowa?

Klasyczne pytanie z zakresu fikcji literackiej. „A co by było, gdyby…?” Kraj znany potocznie jako Polska nie miał takiego szczęścia jak omawiana wyżej Wielka Brytania. Najpierw 123 lata zaborów, potem 20 lat rozluźnienia, by znowu na pół wieku wpaść pod obcy but. Między polskimi uniwersytetami nie ma tak ścisłej ciągłości historycznej, jak w przypadku uniwersytetów brytyjskich, francuskich czy niemieckich. Ponadto ze względu na to, że przez 123 lata Polacy żyli pod trzema różnymi zaborami, komunikacja między i tak rzadkimi ośrodkami intelektualnymi była znacznie utrudniona.

A jednak to w latach zaborów narodził się najbardziej polski z polskich nurtów intelektualnych, a mianowicie mesjanizm. Mesjanizm – zwłaszcza w wydaniu Mickiewicza, Augusta Hrabiego Cieszkowskiego czy Mistrza Towiańskiego – jest par excellence Filozofią Narodową. Ale czy jest filozofią narodową w znaczeniu, które podałem wyżej? Czym się różni Filozofia Narodowa od filozofii narodowej? Otóż tym, że ta pierwsza jest bezpośrednio skierowana do narodu, reifikuje naród jako nadprzyrodzony byt i mówi o nim dziwne rzeczy, jak na przykład to, że jest Mesjaszem Narodów.

Ale czy ten mesjanizm jest „wyrazicielem ducha narodu polskiego”? Mnie osobiście tak się nie wydaje. Wiem, że Adam ma na ten temat inne zdanie. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznaliście, to możecie się z nim zapoznać o tutaj:

Studiując książkę Janów Skoczyńskiego i Woleńskiego narzucił mi się jeden trop, który pojawiał się w każdej epoce: nastawienie na praktyczne zastosowanie metod logicznych i raczej na praktykę filozoficzną, niźli czyste teoretyzowanie. Od średniowiecznej Akademii Krakowskiej po czasy PRL, polscy filozofowie ochoczo angażowali się w bieżącą politykę i za pomocą najnowszych metod starali się w nią ingerować. W średniowieczu Polska była jednym z największych wydawców Organonu, czyli dzieł logicznych Arystotelesa. Polscy filozofowie brali czynny udział w wojnie Polsko-Krzyżackiej jako dyplomaci i wysłannicy na sobory. Działalność polemiczna Pawła Włodkowica i Stanisława ze Skarbimierza zachowała się jako „Polska szkoła prawa międzynarodowego”, ponieważ zaangażowawszy się w spór Polaków i Litwinów z Krzyżakami rozkminiali, czy ci ostatni mogą sobie ot tak palić i grabić Litwę tylko dlatego, że jest pogańska. Nakładem Teologii Politycznej ukazały się niedawno trzy książki na ten temat.

W późniejszych latach Polska stała się jednym z centrów reformacji i rozwoju myśli pozascholastycznej. Akademia Rakowska stała się europejskim centrum rozwoju myśli reformacyjnej i teologicznej nie odwołującej się do tradycji i dotychczasowych autorytetów. W latach oświecenia Kołłątaj i Staszic, założywszy Komisję Edukacji Narodowej, stali się jednymi z pierwszych proponentów powszechnej edukacji, a Jan Śniadecki ze swym antyspekulatywnym i naturalistycznym nastawieniem był prekursorem pozytywizmu. W późniejszych latach Józef Maria Hoene-Wroński zapoczątkował wspominaną już tradycję mesjanizmu  i stworzył opozycyjny wobec Hegla system maksymalistycznej filozofii absolutnej.

Okres rozbiorów jest kolejnym, w którym filozofowie byli silnie zaangażowani politycznie. Już wspominani mesjaniści, ale także późniejsi pozytywiści, jak Andrzej Świętochowski czy Julian Ochorowski, i jeszcze późniejsi marksiści – Róża Luksemburg, Stanisław Brzozowski, Edward Abramowski, Kazimierz Kelles-Krauz – tworzyli swoje koncepcje jako odpowiedź na aktualny kontekst społeczny i polityczny, na stałe wpisując się do kanonu nie tylko polskiej, ale i światowej filozofii.

By nie rozwlekać za bardzo, przejdę do drugiego aspektu: praktycznego zastosowania najnowszych metod logicznych. Historia tego praktycyzmu sięga już średniowiecza. Jak już wspominałem, na terenie Polski obficie wydawano Arystotelesa, jednakże większy nacisk padał na dzieła – jeśli można tak powiedzieć – praktyczne. W przeciwieństwie do wielu innych krajów, w Polsce drukowano również Ekonomikę, dzieło pseudoarystotelesowskie (tzn. spod pióra kogoś, kto pisze jak Arystoteles, podpisuje się jak Arystoteles i brzmi jak Arystoteles, ale Arystotelesem nie jest). Komisja Edukacji Narodowej zamówiła u słynnego francuskiego filozofa, Condillaca, podręcznik do logiki, który miał odpowiadać wymaganiom ówczesnego ucznia. Przez lata rozbiorów Anioł Dowgird nauczał logiki na różnych polskich uniwersytetach, a pod koniec XIX wieku do Lwowa przybył Kazimierz Twardowski. I się zaczęło.

Rok 1895 jest rokiem znamiennym dla historii filozofii polskiej, albowiem w tymże roku zaczyna się historia tzw. „Szkoły Lwowsko-Warszawskiej”, która zrewolucjonizowała logikę i filozofię w ogóle. Nie będę się rozpisywać na temat SLW, tym niemniej w tym kontekście należy wspomnieć o tym, że jednym z imperatywów tej szkoły było obserwowanie tego, co się dzieje w światowej filozofii. Polscy logicy bardzo wcześnie, bo jeszcze przed I WŚ zaczęli polemikę z Principia Mathematica Russella i Whiteheada, stosując najnowsze metody logiki symbolicznej w filozofii. Jedna z najbardziej znanych filozoficznych książek Jana Łukasiewicza, Zasada sprzeczności u Arystotelesa, ukazała się w 1910 roku; w dodatku do niej znajduje się skrypt najnowszej logiki formalnej. Szkoła Lwowsko-Warszawska to fascynujący temat, jednakże stanowi historię na inny dzień.

Lata 20. XX wieku to okres największego rozwoju polskiej filozofii. Z jednej strony rozwija się SLW, z drugiej strony neotomizm na KUL, a z trzeciej program filozoficzny Romana Ingardena, wielkiego polskiego fenomenologa. Działają również marksiści, Witkacy, Gombrowicz, neomesjaniści i wielu innych. Nie starczy miejsca na wymienienie ich wszystkich, tym niemniej wielość kierunków i zagadnień filozofii i brak jednego, ścisłego centrum zainteresowań dla wszystkich (bądź chociaż większości) filozofów polskich narzuca pewną myśl.

Otóż filozofia polska jest wyjątkowo eklektyczna. Czerpie ze wszystkich źródeł na tyle, na ile jest to przydatne lub interesujące. Nie zamyka się w jednym paradygmacie myślenia czy tematyce. Gdybym miał wybierać spośród wielu cech Polaków tę jedną, która przypada Polakowi-w-Ogóle, to byłoby to zdecydowanie niezdecydowanie. Jednakże nie w czysto pejoratywnym sensie. Gdzie n Polaków, tam nn zdań. Nie jest to bynajmniej zła cecha, chociaż na pierwszy rzut oka mogłaby się taką wydawać. Takie podejście pozwala spokojnie koegzystować w głównym nurcie hermeneutyce (to słowo przez niektórych Anglosasów i filozofów analitycznych nadal używane jest jak przekleństwo), fenomenologii, neotomizmowi, marksizmowi, mesjanizmowi, postmodernizmowi, pragmatyzmowi i filozofii analitycznej.

Zwracam jednak uwagę, że jest to odpowiedź jedynie na pytanie o to, jaka mogłaby być polska filozofia narodowa.

Werdykt

Mając na uwadze powyższe rozważania, można powiedzieć, ze pierwsze wynika z drugiego. To znaczy to, jaka jest Filozofia-Polska-Jako-Taka-Sama-W-Sobie, wynika z tego, jaką filozofię uprawia się na terenie P olski. Polską filozofię uprawiają przede wszystkim Polacy, którzy raczej nie są zgodni co do tego, co to znaczy być Prawdziwym Polakiem. Tak samo jest i z polską filozofią. Jest ona wypadkową kultury i historii. W przypadku Polski ciągłość kultury i historii była mocno nadwątlona przez ostatnie 200 lat, co znacznie wpłynęło na filozofię uprawianą na jej terenie. Wykształciło się wiele szkół, które wzajemnie się zwalczają. I to jest, wydaje mi się, charakter polskiej filozofii. Polacy, nie mogąc się zdecydować na to, jaka filozofia miałaby być ich przewodnią, zajmują się każdą możliwą, w zależności od zainteresowań.

W przypadku Polski odpowiedź „nie wiem” na pytanie „Jaka jest filozofia polska?” to zwyczajnie stwierdzenie faktu pozytywnego, że filozofia polska jest inherentnie niekoherentna.

About Jan Krzysztof Rychert

Jan Krzysztof Rychert - Redaktor naczelny "Radykalnego słonia". Student filozofii na Uniwersytecie Gdańskim. Jest koordynatorem projektu "Filary Filozofii" Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Interesuje się praktycznym zastosowaniem metod logicznych i pragmatyzmem. Zajmuje się również muzyką i pisze różne rzeczy, które można znaleźć tutaj: Wolne myśli wolnomyśliciela.