Indukcja na glinianych nogach

Dedukcja i indukcja to dwie główne metody wnioskowania. Dzieli je jednak logiczna przepaść. Dedukcja jest niezawodna i stuprocentowo pewna, lecz jej zastosowanie wymaga znajomości ogólnych, bezwzględnych prawideł opisujących daną sytuację. Jeżeli wiem, że wszystkie psy szczekają i jeśli widzę, że Azor jest psem, to wiem, że Azor szczeka. Cóż jednak zrobię, jeżeli przyleciawszy z innej planety będę chciał sklasyfikować dźwięki wydawane przez ziemskie zwierzęta domowe? Pozostanie mi doszukiwanie się regularności na drodze obserwacji. Widzę, że ludzie hodują małe, futrzane czworonogi z długimi ogonami, płaskimi pyszczkami i wąsikami. Nazywam je „kotami”. Pierwszy zaobserwowany kot miauczy, miauczy też drugi, miauczy i trzeci. Dochodzę więc do wniosku, że wszystkie koty miauczą. Z poszczególnych przypadków formułuję ogólną zasadę – na tym właśnie polega rozumowanie indukcyjne (nie mylić z indukcją matematyczną).

Ile miauczeń należy zaobserwować, by mieć pewność, że rzeczywiście każdy kot miauczy? W gruncie rzeczy powinienem posłuchać dźwięków wydawanych przez wszystkie koty, jakie żyły, żyją lub kiedykolwiek żyć będą. W przeciwnym razie muszę liczyć się ze znikomym, ale niezerowym prawdopodobieństwem, że któryś z kotów nie miauczy, na przykład wskutek genetycznej wady krtani. Jeśli owo nie-miauczenie wyda się komuś zupełnie wydumanym wyjątkiem, ucieknijmy się raczej do przykładu kanonicznego: do łabędzi. Żyjąc w Europie i nie odwiedzając ogrodów zoologicznych szybko dojdziemy do indukcyjnego wniosku, że każdy łąbędź jest biały. Pojechawszy do Australii przekonamy się jednak, że czarne łabędzie istnieją i mają się dobrze.

Indukcja może więc czasami zawieść. Dlaczego mimo to tak często jej ufamy? Dlaczego wystarczy tylko raz polać się wrzątkiem, by sformułować ogólną zasadę: „każde polanie się wrzątkiem jest niezwykle bolesne”? Próba znalezienia rozsądnego uzasadnienia indukcji zaprowadzi nas do bardzo poważnego metafizycznego paradoksu, który nowoczesnej filozofii przedstawił w XVII wieku David Hume. Otóż w pierwszym odruchu powiemy, że jedynym (i wystarczającym) powodem pokładania zaufania w rozumowaniu indukcyjnym jest niezaprzeczalny fakt, że indukcja najczęściej działa. Ale to błąd, bo nie możemy przecież udowodnić indukcji indukcją! Porównajmy:

(Przesłanka) Każdy zaobserwowany dotąd kot miauczy.
(Wniosek) Wszystkie koty miauczą.

(Przesłanka) Każda zastosowana dotąd indukcja doprowadziła nas do słusznego wniosku.
(Wniosek) Rozumowanie indukcyjne zawsze prowadzi do słusznego wniosku.

Oba schematy są identyczne, ale indukcja nie może usprawiedliwić samej siebie. Zresztą, w drugim schemacie zamiast mówić o „każdej zastosowanej dotąd indukcji” należałoby raczej mówić o „większości zastosowanych dotąd indukcji”, co dodatkowo osłabi argumentację.

Okazuje się, że wcale niełatwo znaleźć alternatywne uzasadnienie rozumowania indukcyjnego. Stanowi to prawdziwe wyzwanie dla epistemologa, a cóż dopiero mówić o szarym człowieku. A jednak – wierzymy. Wierzymy, że siła przyciągania będzie działała w każdym miejscu na Ziemi, do jakiego się udamy. Wierzymy, że każdego dnia za naszego życia wzejdzie Słońce. Wierzymy, że ośrodek bólu w naszym mózgu nie uruchomi się nagle bez żadnego powodu. Całe nasze życie opiera się na wierze w regularności, chociaż rzadko zastanawiamy się nad tym, co owe regularności gwarantuje.

***

Według osoby wierzącej metafizyczną stabilność świata zapewnia Bóg lub dane przez Boga prawa natury. Świecki filozof nie może natomiast powołać się na prawa natury ot tak, ponieważ w pierwszym przybliżeniu „prawa natury” oznaczają po prostu „występujące w naturze regularności”, a „regularne regularności” to pleonazm, który problemu indukcji nie rozwiąże. Lepszym rozwiązaniem byłoby uznanie, że regularności są pierwotną osnową naszej rzeczywistości; nie ma metafizycznych fundamentów, na których regularności spoczywają, co jednak nie przeszkadza im powszechnie występować we Wszechświecie.

Na chłopski rozum brzmi to nieźle, jednak szkopuł w tym, że takie postawienie sprawy nijak nie zezwala na rozumowanie indukcyjne. Występowanie regularności nie gwarantuje bowiem, iż każde ich domniemanie jest słuszne. Pomogłoby może uzasadnianie regularności (takich jak miauczenie kotów) przy pomocy jakiejś naczelnej zasady. Co proponują nam filozofowie?

Australijski myśliciel David Armstrong (który pewnie widział w życiu niejednego czarnego łąbędzia) twierdzi, że prawa natury wynikają z uniwersalnych, koniecznych powiązań między zjawiskami. Takie powiązania są według niego najlepszym wyjaśnieniem regularności Wszechświata. Oczywiście, każdą regularność z osobna da się wytłumaczyć znacznie lepiej: na przykład zapytani o przyczynę miauczenia kotów, wyliczymy cechy szczególne kociego aparatu głosowego. Jednak najlepsza odpowiedź na ogólne pytanie „Dlaczego występują regularności?” brzmi „Ponieważ zjawiska są ze sobą powiązane w sposób uniwersalny i konieczny”. Owe powiązania należy rozumieć po prostu jako metafizyczne prawidło.

Twardogłowy fizyk powie co prawda, że tłumaczenie czegokolwiek „metafizycznym prawidłem” to pójście na łatwiznę, a sceptyczny entuzjasta stwierdzi, że chociaż uniwersalne powiązania rzeczywiście wydają się najlepszym wyjaśnieniem, to najlepsze wyjaśnienie nie zawsze musi być tym prawdziwym. Przystańmy jednak na chwilę na propozycję Armstronga. Helen Beebee, w przenikliwym artykule uznanym za jeden z dziesięciu najwybitniejszych artykułów filozoficznych 2011 r. wykazuje, że postulat jej australijskiego kolegi wbrew pozorom wcale nie rozwiązuje problemu indukcji.

Sedno sprawy bardzo łatwo zrozumieć. Chcemy wiedzieć, dlaczego wszystkie iksy odznaczają się igrekiem (iksami mogą być przykładowo koty, a igrekiem – miauczenie). Armstrong twierdzi: Bo istnieje konieczne (metafizyczne) powiązanie między iksami a igrekiem. Bardzo dobrze, odpowiada Beebee, z tym że na indukcyjne rozumowanie zezwoli dopiero ukryte założenie, iż owo konieczne powiązanie *zawsze* będzie obowiązywać. Tylko wtedy możemy wywnioskować, że każdy następny kot też będzie miauczał. Tymczasem uczciwiej byłoby powiedzieć, że iks i igrek były koniecznie powiązane *do tej pory*. W przyszłości powiązanie między iksem a igrekiem może, ale nie musi, utrzymać się w mocy. Kolejne zaobserwowane koty mogą, ale nie muszą, miauczeć. Indukcyjny wniosek „wszystkie koty (zawsze) miauczą” jest więc nieuprawniony.

Zwolennik teorii Armstronga spróbuje bronić jej dwojako. Po pierwsze, uznając, że czasowe ograniczenie koniecznego powiązania między zjawiskami zakrawa na absurd, bo jeśli powiązanie jest konieczne, to musi być wieczne. Po drugie, stwierdzając, że konieczne powiązania, które zawsze będą w mocy, są wyjaśnieniem lepszym od koniecznych powiązań ograniczonych czasowo. Przyjrzyjmy się po kolei obu liniom obrony.

Co miałoby właściwie znaczyć, że konieczne powiązanie jest „ograniczone czasowe”? Tylko tyle, że w pewnym momencie ulegnie zerwaniu. Zwolennik teorii Armstronga natychmiast powie, że coś, co jest uniwersalne, nie może przestać obowiązywać. Beebee słusznie jednak zauważa, że według samego Armstronga powiązania, o których mowa, są konieczne w sensie metafizycznym, ale nie logicznym. Koty miauczą, a psy szczekają, owszem, ale do pomyślenia jest świat, w którym to koty szczekają, a psy miauczą. W takim razie możemy również wyobrazić sobie, że w pewnym momencie „konieczne” powiązanie przestaje obowiązywać.

Zmianie w czasie mogą ulec też powiązane zjawiska, jako że Armstrong dopuszcza możliwość istnienia pojęć pseudo-uniwersalnych: „pseudo”, bo zlokalizowanych w konkretnej kosmicznej epoce[1]. Australijczyk otwiera zresztą jeszcze jedną furtkę do obalenia własnej tezy, pisząc w innym miejscu o prawach przyrody, od których zdarzają się wyjątki. Cóż, stwierdza bezlitośnie Beebee, jeśli wyjątki się zdarzają, to „ograniczenie czasowe koniecznego powiązania” można rozumieć właśnie jako przyczynę takiego wyjątku.

Zwolennik teorii Armstronga musi w tym momencie częściowo spasować. „W porządku”, powie, „ograniczenie czasowe jest do pomyślenia, ale mimo wszystko konieczne powiązania, które obowiązują wiecznie, są wyjaśnieniem lepszym, bo prostszym. Nie posiadają bowiem tego dodatkowego parametru, który mówiłby, kiedy przestają obowiązywać”.

Jednak jeśli powiemy, że „iks i igrek były jak dotąd koniecznie powiązane”, to żadnego dodatkowego parametru na razie nie wprowadzimy. Po prostu w takim ujęciu odpowiedź na pytanie „Kiedy iks i igrek przestaną obowiązywać?” nie musi brzmieć „nigdy”. Stwierdzenie „iks i igrek były jak dotąd koniecznie powiązane” jest nadal przynajmniej tak samo dobrym wyjaśnieniem analizowanej regularności co stwierdzenie „iks i igrek były i zawsze będą koniecznie powiązane”. „Jak dotąd” nie jest kwantyfikatorem bardziej wydumanym od „zawsze”.

Tonący brzytwy się chwyta. Zwolennikowi teorii Armstronga pozostanie zawołać: „Ale konieczne powiązanie, które będzie zawsze utrzymywało się w mocy, jest lepszym wyjaśnieniem, bo można przy jego pomocy przewidywać przyszłe zdarzenia!”. Beebee zada wtedy finałowy cios: To nie nauka. To metafizyka. Tu zdolność przewidywania przyszłych zjawisk niczego nie rozstrzyga. Co więcej, w problemie indukcji chodzi przecież właśnie o to, że staramy się uzasadnić schemat rozumowania, który pozwala nam przewidywać przyszłe zdarzenia. Jeżeli ktoś nie ufa indukcji, nie przekonamy go wyjaśniając ją zasadą, której racjonalność polega właśnie na zdolności do przewidywania przyszłych zdarzeń. Równie dobrze można by skrócić całą argumentację i powiedzieć, że indukcji musimy wierzyć właśnie dlatego, że przy jej pomocy wnioskujemy o przyszłości. Indukcyjny sceptyk nigdy tego nie kupi. W jego uszach zabrzmi to bowiem tak: „Pewien schemat rozumowania pozwalający nam przewidywać przyszłe zdarzenia jest godny zaufania dlatego, że pozwala nam przewidywać przyszłe zdarzenia”.

***

Problem indukcji możemy rozumieć jako problem usprawiedliwienia metafizycznej konieczności. Zaobserwawszy dziesięć miauczących kotów, skąd mamy wiedzieć, że wszystkie koty muszą miauczeć? Armstrong proponuje, by kota postrzeganego jako zjawisko zrównać ontologiczną rangą z fenomenem miauczenia i zgodzić się na istnienie uniwersalnego powiązania między jednym i drugim. Beebee odpowiada, że to nie wystarczy do rozwiązania problemu indukcji, gdyż domniemane powiązanie nie musi być wcale wiecznotrwałe.

Czy istnieje zatem alternatywa dla wyjaśnienia Armstronga? Owszem. Możemy podporządkować zjawisko miauczenia zjawisku kota i stwierdzić, że miauczenie stanowi część istoty bycia kotem. Krótko mówiąc, wszystkie koty miauczą, bo miauczenie leży w naturze kotów postrzeganych jako ontologiczny rodzaj. Do tego właśnie sprowadza się teoria innego australijskiego filozofa, Briana Ellisa, zwana przez niego „naukowym esencjalizmem”.

Stanowisko Ellisa niesie daleko idące konsekwencje dla filozofii przyrody i gdybyśmy chcieli poddać je w wątpliwość, należałoby wpierw zapytać, na czym „istota bycia” polega (jaka jest istota istoty bycia?) i jak mamy wyróżniać poszczególne ontologiczne rodzaje (dlaczego osobnym rodzajem jest kot, a nie np. rude dachowce? Albo wszystkie kotowate?). Ponieważ jednak Ellis uważa, że jego teoria rozwiązuje też problem indukcji, najprościej będzie zgodzić się na jej ogólne założenia i sprawdzić, czy rzeczywiście radzi sobie z tym konkretnym dylematem poznawczym.

Przypomnijmy, o co chodzi. Wielokrotnie zaobserwowałem miauczące koty. Chciałbym to wyjaśnić, nie tyle w sposób biologiczny, co metafizyczny; zależy mi poza tym, aby wyjaśnienie usprawiedliwiło moją indukcyjną wiarę, że wszystkie koty miauczą. Naukowy esencjalizm Ellisa powiada po prostu, iż miauczenie leży w naturze kotów. Powyższego stwierdzenia nie możemy skontrować tak jak postulatu Armstronga: że miauczenie leżało w naturze kotów do tej pory, ale nie wiadomo, czy będzie leżało w przyszłości. Nie możemy, ponieważ „natura kotów” z definicji musi być niezmienna w czasie[2]. Co nam pozostaje? Według Beebee istnieje jeszcze jedno wyjaśnienie kociego miauczenia, które będzie zgodne z duchem teorii Ellisa, ale które będzie lepsze od powyższego. Zamiast stwierdzić, że „miauczenie leży w naturze kotów” musimy raczej powiedzieć, że „miauczenie leży w naturze *zaobserwowanych dotychczas* kotów”.

Z drugim wyjaśnieniem nie sposób się nie zgodzić – na pewno nie odwraca kota ogonem. Różnica między oboma jest subtelna, lecz zarazem zasadnicza. Po pierwsze, dopóki nie zaobserwowałem wszystkich kotów, dopóty nie mogę wiedzieć, na czym polega istota bycia „ogólnego” kota. Mogę wypowiadać się tylko o kocie „zaobserwowanym”. Tutaj pojawia się natychmiast szereg wątpliwości. Być może to przypadek, że zaobserwowane koty miauczały? Może tak naprawdę miauczenie wcale nie leży w naturze kotów, z których większość wcale nie miauczy? A nawet jeśli wszystkie koty miauczą dzisiaj, to skąd mam wiedzieć, że miauczenie jest częścią ich niezmiennej natury? Może w naturze kota leży tylko wydawanie wysokich dźwięków, a pojutrze koty zaczną kwękać? A może następne zaobserwowane koty będą należały do innego ontologicznego rodzaju? Albo do żadnego? Może po prostu zdołałem zaobserwować jakieś wyjątkowe koty?

Zniecierpliwiony zwolennik Ellisowego rozwiązania powinien odpowiedzieć tymi słowy: „Jeżeli zgodzisz się na to, że istnieją ontologiczne rodzaje odznaczające się specyficznymi cechami, nie wolno ci wprowadzać podziału na »zaobserwowane dotychczas« i »wszystkie«. Jeżeli zauważysz, że iks jest kotem, jeżeli usłyszysz, że iks miauczy i jeżeli stwierdzisz, że miauczenie jest częścią kociej natury, to będziesz wiedział, że każdy następny zaobserwowany igrek, jeżeli tylko okaże się kotem, także będzie miauczał. Oczywiście, możemy dyskutować, czy miauczenie faktycznie stanowi część kociej natury, czy raczej tylko przypadkową cechę posiadaną przez niektóre koty. Jednak jeśli *stanowi* część kociej natury, to problem indukcji zostaje rozwiązany”.

Jeżeli tylko sojusznik Ellisa tak podsumuje sprawę, postawi się na perwersyjnie straconej pozycji. W świetle problemu indukcji nie chodzi bowiem o to, czy miauczenie jest czy nie jest częścią kociej natury, ale o to, *czy wiemy, czy nie wiemy*, że jest. Jeśli osoba zadająca pytanie „Dlaczego zaobserwowane koty miauczą?” wie, że miauczenie leży w naturze (wszystkich) kotów, to jej pytanie jest zbędne. Jeżeli jednak nie wie, to odpowiedź opisująca kocią naturę nie będzie wcale wyjaśnieniem umożliwiającym przewidywanie przyszłości, tylko ontologiczną klasyfikacją.

Wyobraźmy sobie, że ktoś po przeanalizowaniu dziesięciu próbek wody pyta nas, dlaczego wszystkie zawierały wodór i tlen. Interlokutor chciałby bowiem wiedzieć, czy kolejne badane przez niego próbki również będą zawierały te same pierwiastki. Możemy mu tylko odpowiedzieć, że tak naprawdę woda składa się (wyłącznie) z wodoru i tlenu; że „zawieranie wodoru i tlenu” leży w naturze bycia „próbką wody”. Pytanie zostanie unicestwione. Stanowisko Ellisa zamiast znaleźć rozwiązanie problemu indukcji czyni indukcję zbędną. Strategia imponująca – zbyt imponująca, by mogła zadziałać w każdym przypadku.

***

Co nam pozostaje? Całkiem sporo: dwa odmienne metafizyczne wyjaśnienia, dlaczego niektóre zjawiska zachodzące w przyrodzie wydają się wynikać jedno z drugiego w sposób konieczny. Armstrong postuluje istnienie uniwersalnych powiązań między nimi, natomiast Ellis woli grupować je w ramach „natur rzeczy”.

Niestety, żadna z teorii nie daje rady rozwiązać problemu indukcji przesiąkniętemu głębokim sceptycyzmem dotyczącym możliwości empirycznego poznania. Armstrong, zakładając bezczasowość powiązań, przemyca do przesłanek wniosek, który usiłuje wyprowadzić. Właśnie bezczasowość budzi przecież podejrzenie u indukcyjnego sceptyka, który nie dowierza, że wyniki przyszłych obserwacji będą dawały ten sam wynik co już przeprowadzone obserwacje tego samego typu. Ellis natomiast wylewa dziecko razem z kąpielą. Jeżeli utożsamimy miauczenie zbyt ściśle z kotami, to rychło okaże się, że pytania pokroju „Dlaczego kot miauczy?” brzmią tak samo jak pytanie „Dlaczego woda zawiera wodór i tlen?” i „Dlaczego dźwięk jest falą ciśnienia rozchodzącą się w powietrzu?”.

[1] Nie chodzi tu o to, że koty przestaną być kiedyś kotami, gdyż wyewoluują w inny, niemiauczący gatunek, lecz o to, że pojęcia kota i miauczenia ulegnie metafizycznej przemianie i nowy „kot” nie będzie już „miauczał”.

[2] Cały czas mowa o „naturze” rozumianej metafizycznie, nie biologicznie ani etologicznie.

Grafika: Pexels, licencja CC0

About Borys Jagielski

Fizyk z wykształcenia. Pracuje jako nauczyciel w Oslo. Zaprasza też na swój blog.