Kapitulacja. Rekapitulacja

Lata zmagania się z widmami. Tyle szalonych pojęć zinternalizowanych i wcielonych w postaci zamieszkujące mój pokój, zawsze wokół i na wyciągnięcie głosu w głowie; emanacja sprawy, która urodziła się we mnie pewnego świtu, pamiętam dokładnie nocny spacer osiem lat temu, po którym pierwszy raz namacalnie poczułem przymus pisania. Nieskończoność poza nami przeciwko nieskończoności w nas. Gdy teraz wychodzę na powietrze, porzucając ten ciężar metafor – mógłbym powiedzieć, że to lata zmarnowane na gonitwie za mrzonkami, lata niepotrzebnych lęków i samoograniczeń naciąganych do teorii wyczytanych w książkach sprzed połowy albo i całego wieku. Było posłuchać starszych, jak mówili korzystaj z młodości, drugi raz nie będziesz miał siedemnastu lat.

Bzdura.

Nie było drogi na skróty. Zrozumienie zawsze składa się z trzech poziomów: naiwnej afirmacji, rozumnego buntu i oświeconej afirmacji. Żeby zrealizować wielką ideę nietzscheanizmu, ideę dziecka, trzeba było być wielbłądem – nieświadomie tachać całe społeczeństwo na plecach – lwem – zrzucić wszystko i obrazić się na świat – i dopiero wtedy dojrzeć do niewinności jako niemowlę. Jak inaczej mówić: to jest dobre, to jest złe, jeśli albo patrzymy oczami innych ludzi, albo zaślepia nas ten beznadziejny, bluźnierczy protest przeciwko życiu?

Młody Goethe, wczesny Sartre, późny Pascal to choroby, które przechodzi się jeden raz, żeby więcej do nich nie wrócić. Archetypy pewnych etapów, tak jakby nasze życia składały się z bloków, których konstytucja próbuje jednak podążać za pewną logiką. Nie tak oczywistą, wystarczy rozejrzeć się po życiorysach, żeby przekonać się, że kompromisy zawsze grają większą rolę niż odkrycia; i nie ma w tym nic złego. Ale trzeba i kolejnego kompromisu, żeby dojść do tego ostatniego wniosku.

W ogóle niewiele jest rzeczy i ludzi złych. Zazwyczaj chcemy dobrze, jesteśmy znakomici w usprawiedliwieniach i nawet nie przejdzie nam przez myśl własna wina. Zresztą dlatego też dziwnym jest dla mnie pojęcie winy: przecież jesteśmy tak przewidywalni, jak zarzucić komuś, że zrobił coś, co i tak wiadomo było że zrobi? Zwyczajnie gramy swoje role najlepiej jak umiemy, a w nagrodę przyznajemy sobie te małe Złote Globy samozadowolenia; wzorców i scenariuszy mamy pod dostatkiem, cała zachodnia kultura. Czasem musimy jedną rolę poświęcić dla drugiej, może dlatego, że nie każda daje nam tyle samo radości? Tyle mądrych rzeczy opowiedział mi zgrywus Gombro.

A potem im więcej wiemy, tym mniej wiemy kim jesteśmy. I tym więcej wiemy o tym, o jak wielu sprawach nie mamy pojęcia. Za to przestajemy się tłumaczyć przed samymi sobą i w tych chwilach jasności gubimy różnicę między sobą a kimkolwiek innym: nie jesteśmy tacy sami jak ci, na których tak narzekamy? Ale jasne, i na nas narzekają tak samo. Jest też inna jasność, gdy widzimy siebie samych zanurzonych w przeszłości i przyszłości i znamy odpowiedź na pytanie Gauguina, zwłaszcza na trzecią część, dokąd zmierzamy?, a wtedy w tej linii świata bezbłędnie odróżniamy siebie od każdego innego podmiotu.

Wtedy dokładnie wiemy, w którą stronę przyjdzie nam iść. Niejasno świadomi krzywd, które wyrządzimy po drodze, i szczęścia, które sprawimy innym; czy powinniśmy kierować się rachunkami? Czy w ogóle można powiedzieć, że dążymy do maksymalizacji szczęścia, czy nie gonimy raczej przypadkowych celów podyktowanych tym, kim i jacy sami jesteśmy?

Ale po drodze można zrobić tyle błędów. Można zwątpić w rozsądek, można otoczyć się przytakiwaczami albo ludźmi zadowolonymi z siebie, można rozpuścić swoje ego w świecie. Porzucić życie tu i teraz na rzecz osobliwych metafizycznych pomysłów. Tymczasem to wszystko jest osobliwie proste; ale droga do tej prostoty jest najtrudniejszą ze wszystkich. Za dużo wagi przydaliśmy abstrakcjom, za mało ludziom, a to „dajcie mi człowieka” z Gombrowego Ślubu powinno nam świecić jak słońce idej.

Jak to się dzieje, że mizantrop zakochuje się w ludziach i w życiu? Pamiętam dawne solipsystyczne zacięcie, z jakim odrzucałem możliwość jakiejkolwiek wspólnoty, wyjąwszy tę jedną idealną, miłosną. A potem przypominam sobie odnajdywanie w obcych tych samych detali psychiki, tych samych skrzywień sensu i tropów lęku, o których (tak jak odpowiednio wszyscy ludzie minionych wieków) sądziłem, że są moimi wynalazkami. Przejście od interakcji do obserwacji jako czasowy środek terapeutyczny – sprawia, że wszystkich zaczynamy kochać jako nieco inne wersje siebie, albo i wszystkimi gardzić na równi ze sobą (byle pamiętać radę Fryderyka, sobą zawsze nieco bardziej). Przyjęcie arbitralności za zasadę świata. Wywyższenie paru wybranych osób – przyjaciół, ukochanych – mocą własnej woli bez troski, czy to sprawiedliwe wobec innych. Skoro wrzucono nas w losowy czas i miejsce, dlaczego nie mamy przyjąć tej losowości i pogodzić się z nią?

To pogodzenie ma jeszcze jeden aspekt: przyjęcie rzeczywistości za ostateczną instancję. Zdania normatywne, jak być powinno, dorzucić Kantowi do trumny – a zająć się sprawą ważniejszą, co zrobić z tym co jest. Pogodzić się z rozkładem normalnym i ogonami powyżej 3 sigma, z ludzkimi popędami, z nierówną dystrybucją dóbr, z problemami miłości, z literówkami w książkach i z religiami. Ogromnej pracy wymaga praca nad rzeczywistością, choć nie wynagrodzi nam jej poczucie wzniosłości takie, jak przy kontemplowaniu ideału. I co? Czas nauczyć się żyć bez fałszywej wzniosłości. Dość poczytać Marqueza, Feynmana i Murakamiego, by zrozumieć, ile jest niedocenionej wzniosłości w życiu codziennym. Pomyśleć, że sam dopiero uczę się ją odkrywać.

Jej, tyle się dziać potrafi przez głupie parę lat.

Grafika: Kamil Frąckiewicz

About Miłosz Wieczór

Próba syntezy poprzez analizę redukcjonistyczną. Nihilistyczny scjentysta z programem pozytywnym. Od czasu lektury Prousta uważa, że życie "jest spoko", o co zresztą nieustannie kłóci się sam ze sobą.