Nieprzysiadalność w pałacu prezydenckim

Nieprzysiadalność w pałacu prezydenckim

Nadzwyczaj nieszczęśliwą w skutkach trzeba nazwać wizytę Edgara Allana Poe w Białym Domu, która miała miejsce 14 marca 1843 roku. Zaproszenie od samego prezydenta było dla pisarza wielką szansą na poprawę swojego podupadającego wizerunku. Poe niestety (albo stety?) nie wykorzystał okazji, żeby się odbić.

Paweł Soszyński na łamach „Dwutygodnika” pisze, że na niekorzyść amerykańskiego pisarza zadziałał jeden mały, ale istotny szczegół – za dużo wypił. Ot, taki psikus, bo na wyznaczone spotkanie w ogóle się nie stawił, ale za to przyszedł do pałacu następnego dnia, zalany w sztok. Podobno cały się chwiał, kiedy żądał widzenia z mężem stanu.

Przyjrzyjmy się bliżej skandalowi, jaki zgotował Poe nowo powstałej „świątyni amerykańskich wartości” (bardzo podoba mi się określenie Soszyńskiego). We wspomnieniach z tego okresu możemy wyczytać, iż pisarz chodził wówczas „pijany jak Indianin”. Pomijając ogromny potencjał tego porównania dla badań postkolonialnych, Edgar Allan Poe generalnie za kołnierz nie wylewał. Po krótkiej sprzeczce, w którą wdał się z gwardią, został brutalnie eksmitowany na bruk i zaczął się odgrażać powołując się na swój pisarski status. Łatwo sobie wyobrazić powszechne zgorszenie, jakie wywołał wśród świadków tego zdarzenia. Incydent nie umknął uwadze zarówno damom nawiedzającym świeżo powstałe komnaty, ambasadorom, jak i innym obecnym w pokojach pałacu gościom. Po niedługim czasie o pijackim wyskoku biedaka wiedział cały Waszyngton.

Zastanawia mnie, jak inaczej mogłoby wyglądać jego życie, gdyby przyszedł na to spotkanie trzeźwy. Czy to byłby wciąż ten sam Poe, którego znamy? Podejrzewam, że nawet gdyby specjalnie na tę okazję wytrzeźwiał i zdobył uznanie Johna Taylora, to nadzwyczaj chętnie wróciłby do butelki. W konsekwencji bardzo szybko wyleciałby z Białego Domu.

Dużo mówi się o tym, że bez swoich demonów, nieszczęść i uzależnień pisarze – czy w ogóle artyści – nie zostaliby autorami swoich największych dzieł. W 1843 roku amerykański pisarz miał już na koncie takie opowiadania, jak Zabójstwo przy Rue Morgue, Diabeł na wieży czy Portret Owalny. Zastanawiam się natomiast, czy taki trzeźwy i żyjący w dostatku Poe napisałby Kruka – utwór, przez który jego nazwisko stało się sławne na cały kraj? Nie wiedzieć czemu pojawiają mi się przed oczami kultowe sceny z obu części Trainspotting – czy Poe faktycznie „wybrałby życie”?

Trudna sprawa, bo na wyznawcach tzw. artystów przeklętych ciąży obowiązek obrony wszystkiego, co związane z czarną legendą autora, celebracji każdego nieszczęścia, najmniejszego demona, jaki się do niego przyczepił. Każdy chyba zaliczał się do takich wyznawców, ja sam chyba się zaliczam, jeśli chodzi o niektóre nazwiska, ale odłóżmy to na bok. Mam propozycję, odpuśćmy na chwilę Edgarowi. Załóżmy pozytywny scenariusz i przypuśćmy, że zły los chociaż na chwilę przestaje mieć udział w życiu pisarza.

Wyobraźmy sobie, że Poe z czasem trzeźwieje, tracąc cząstkę swojego wewnętrznego mroku. Współpraca z głową kraju kwitnie w najlepsze. Dobrobyt puka do drzwi pisarza, a wraz z nim drugie (szczęśliwe) małżeństwo. Skoro nie musi żebrać o pieniądze, pisze, ale coś mu nie idzie. Zaczyna więc z rozpaczy znowu pić i uprawiać hazard, czym niszczy sobie małżeństwo, pozycję społeczną i majątek. I znowu wracamy do punktu wyjścia. Więc może by jednak tego Kruka napisał? Może spotkanie z prezydentem Johnem Taylorem wcale nie było takie znaczące i Poe przychodząc ubzdryngolony po prostu wiedział na czym stoi?

Z drugiej strony trudno mi tą całą historię przełożyć na współczesne realia. Dzisiaj sytuacja miałaby nieco inne zakończenie. Wyobraźcie sobie, że Andrzej Duda zaprasza do siebie Marcina Świetlickiego. Powiedzmy, że ma dla niego jakieś ładne odznaczenie i propozycję państwowego mecenatu. Marcin oczywiście do pałacu nie przychodzi. Po prostu pierdoli takie spotkanie, bo jest w nastroju nieprzysiadalnym. A poza tym jeszcze brejka wszystkie rule. W kraju wybucha skandal. Establishment pisarski rzuca gromy, ale niektórzy bronią Marcina. W końcu po Nike też nie przyszedł, więc po co miałby się fatygować do pałacu prezydenckiego? Wszystkie media trąbią o skandalicznym zachowaniu pisarza. Część obywateli RP pierwszy raz dowiaduje się, kim jest Marcin Świetlicki. Jego książki sprzedają się jak nigdy dotąd. Bilety na koncerty trzeba rezerwować z rocznym wyprzedzeniem. Robi się grubo – artykuły, wywiady, pierwsze strony gazet.

Czy Edgar Allan Poe nie miałby przypadkiem w naszych czasach trochę łatwiej?

Article by Piotr Borkowicz

Piotr Borkowicz (ur. 1994) - Skończył filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Publikował w czasopismach takich jak 2miesięcznik, Bliza, Kontent oraz Autograf. Praktykujący surrealista, zagorzały miłośnik techno. Wielbiciel twórczości Paula Celana.