Kategorie
Esej Filozofia

Tenet, filozofia czasu i McTaggart

Kilka dni temu rozmawiałem o stanie Radykalnego słonia, komentarz wart odnotowania brzmiał następująco: „wrzucamy za dużo tekstów zaliczeniowych, za mało bieżącej publicystyki”. Komentarz, z którym zgadzam się w pełni, choć z drobnym zastrzeżeniem: wrzucamy teksty zaliczeniowe, bo zwykle alternatywą jest brak jakichkolwiek aktualizacji. Dzisiaj jednak sprawa wygląda inaczej. Obejrzałem Tenet Christophera Nolana i stwierdziłem, że to dobra okazja, by napisać coś o filozofii czasu. No to lecimy.

Na początek kilka wyjaśnień, aby zarysować, czego można oczekiwać po tym tekście. Piszę w formacie spoiler-free, więc nie będę zdradzał fabuły filmu. Oznacza to, że nie znajdzie się tutaj miejsce na analizę finału narracji, kolejnych zwrotów akcji i ich implikacji etycznych czy ontologicznych. O nowym obrazie Nolana napiszę jedną sekcję – stanowi on dla mnie okazję i pretekst do przyjrzenia się koncepcjom filozofii czasu, w szczególności argumentacji Johna M. E. McTaggarta z tekstu The Unreality of Time. Rozważam także napisanie pełnokrwistej analizy Tenet, z uwzględnieniem pełnego przebiegu scenariusza – jeśli zdecyduję się na realizację tego pomysłu, to tekst pewnie trafi na nasze łamy za dwa, może trzy tygodnie.

Tenet Christophera Nolana

Jeśli ktoś chce wybrać się do kina „w ciemno” i bez żadnej wiedzy na temat nowego obrazu w reżyserii Nolana, to proponuję przeskoczyć do następnej sekcji tekstu – tej o filozofii czasu.

Podstawy: Tenet to najnowszy film Christophera Nolana, którego akcja bezpośrednio związana jest z rozumieniem tego, czym jest czas oraz z ideą podróży w czasie. Wątek refleksji nad czasem był, oczywiście, obecny już w jego wcześniejszych dziełach: w Incepcji czas płynął wolniej na każdym głębszym poziomie snu, Interstellar obrazuje oddziaływanie przyszłości na przeszłość lub miejsca poza obiegiem czasu na uczasowiony świat – zależy jak na to patrzeć. Nawet Dunkierka, jeśli odpowiednio ją przyciąć i zniekształcić, może być odczytana jako refleksja nad istotą czasu – to zdanie można pewnie powtórzyć o dowolnym filmie – ale ma narrację prowadzoną w sposób nieliniowy, więc jakoś pasuje do naszego wyliczenia. Tenet najbliższy jest, w moim odczuciu, Incepcji – rozgrywa jedną, ciekawą koncepcję fabularną, utrzymany jest w stylistyce filmu szpiegowskiego, z dynamiczną akcją i dość jednowymiarowymi bohaterami. Wrażenia po seansie mam bardzo pozytywne – to inteligentne kino akcji, w dobry sposób utrzymujące harmonię między ekspozycją fabularną a scenami pościgów i strzelanin.

Zaczepienie filozoficzne: zdecydowanie najciekawszym pomysłem, jaki ma nam do zaoferowania Tenet jest postulowanie istnienia obiektów, które cechują się odwróconą entropią, co sprawia, że poruszają się „w tył”, z odwrotną strzałką czasu. Obiekty te – głównie broń i naboje, ale też sztabki złota, a nawet ludzie – pochodzą z przyszłości, która najwyraźniej wypowiedziała wojnę teraźniejszości. To zresztą tło dla motywacji naszych bohaterów: zmienić bieg wydarzeń, aby powstrzymać wybuch kolejnej wielkiej wojny, którą zapowiada pojawienie się obiektów o odwróconej entropii. Możemy w tym miejscu dokonać zgrabnego „zaczepienia” wątku filozoficznego, bo tego typu narracja ma pewien ciężar ontologiczny. Tenet wydaje się sugerować, że 1) czas jest realny, 2) przyszłość w jakimś sensie istnieje już teraz, posiada jakiś poziom określoności bytowej, 3) przyszłe wydarzenia mogą oddziaływać na przeszłość, tj. istnieje przyczynowość wsteczna czy odwrócona, no i 4) podróże w czasie są możliwe. Mamy zatem cztery tezy, omówmy je bardziej szczegółowo.

O tym, że sam fakt realności czasu może być wątpliwy powiem parę zdań w dalszej części tekstu, gdy przyjrzymy się argumentacji McTaggarta.

Co ciekawe, istnieje stanowisko w obrębie filozofii czasu, którego zwolennicy twierdzą, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są równie realne – to eternalizm. Czy można zatem powiedzieć bez nadużycia, że Tenet to film eternalistyczny? Wydaje się to w miarę poprawnie sformułowana teza, której zastosowanie polecam znaleźć raczej na zakrapianej imprezie niż w publikacji naukowej. Trochę tu naciągamy – nie wiem, jak eternaliści zapatrują się na podróże w czasie i generowane przez nie paradoksy – a właśnie nimi żywi się nowy obraz w reżyserii Nolana. Ponadto, wydaje się, że Tenet prezentuje wariant tezy o braku pełnej determinacji – jakiś argument za ludzkim sprawstwem w świecie i wolną wolą. Bohaterowie działają, bo, jak się zdaje, ich akcje domykają ontologicznie świat. Wyjściowa sytuacja przypomina złożony rozkład probabilistyczny – pewne warianty teraźniejszości i przyszłości wydarzą się z większym prawdopodobieństwem niż inne, ale nie da się jednoznacznie zdeterminować, jak przebiegną wydarzenia, np. czy dojdzie to tej wielkiej wojny. Nie potrafię odpowiedzieć, jak rysuje się zależność między determinizmem a eternalizmem – skłaniałbym się pewnie do tezy, że eternalizm powinien za sobą pociągać determinizm lub ewentualnie teorię wielu światów. To chyba jedyne dwa możliwe rozwiązania: skoro przyszłość istnieje już teraz, to albo prowadzi do niej tylko jedna droga (pełny determinizm), albo już teraz istnieje wiele, równorzędnych przyszłości, do których prowadzą różne drogi (indeterminizm kosztem teorii wielu światów).

Tenet, sugerowana teza trzecia – istnieje przyczynowość wsteczna czy może odwrotna, czyli twierdzimy, że wydarzenia przyszłe mogą oddziaływać na teraźniejszość i przeszłość. Pomysł jest bez wątpienia ciekawy i nieco żałuję, że w tym kontekście przywołam jedynie jeden ze swoich starszych tekstów (Od Hyperiona do Punktu Omega), a nie jakiś nowy materiał do dociekań. Z tezą o przyczynowości wstecznej spotkałem się po raz pierwszy w cyklu powieści Hyperion Dana Simmonsa. Część narracji skupia się na wydarzeniach wokół Grobowców Czasu – dziwnych struktur, które płyną „pod prąd” zwykłego nurtu czasu, wysłane do teraźniejszości z odległej przyszłości. Powieść Simmona inspirowana jest filozofią Teilharda de Chardin, podobnie, jak teoria Punktu Omega fizyka Franka Tiplera. Rozumowanie z tej ostatniej brzmi następująco: na końcu czasu istnieje Punkt Omega, który dzieli wiele charakterystyk z Absolutem w sensie filozoficznym. Zdaniem i celem tego bytu jest wprowadzenie ontologicznej stabilności do wszechświata. Nie chcę tutaj wchodzić w szczegółowe rozważania, bo znajdują się one zdecydowanie poza obszarem moich zainteresowań, ale w skrócie: Tipler twierdzi, że aby mechanika kwantowa miała sens, to w każdym momencie istnienia wszechświata musi istnieć również inteligenty obserwator doprowadzający do załamania funkcji falowej. Brzmi to jak teoria George’a Berkeleya doprawiona współczesną terminologią i pewnie ma podobną wartość naukową, niemniej, to jedyny przykład przyczynowości wstecznej, jaki przychodzi mi do głowy. Oczywiście Tenet nie jest traktatem o Absolucie – pomysł Nolana na wprowadzenie przyczynowości wstecznej to przedmioty o odwróconej entropii oraz fundamentalna teoria naukowa, wymyślona w odległej przyszłości, która, poprzez swą doniosłą treść i zastosowanie, oddziałuje na teraźniejszość.

Teza czwarta, ta o możliwości podróży w czasie. Myślę, że świetny komentarz do niej znajdziemy w jednym z dialogów z samego filmu. W sekwencji ekspozycji fabularnej bohater obrazu, fizyk Neil, grany przez Roberta Pattinsona, tłumaczy, czym jest paradoks dziadka – wyobraźmy sobie, że przeniosę się do przeszłości i zabiję swojego dziadka, co wtedy? – i od razu dodaje, że nie ma tu właściwego rozwiązania – oba scenariusze wydają się dziwaczne, dlatego właśnie nazywamy to paradoksem. Wydaje mi się, że to świetne podsumowanie każdego dobrze zrealizowanego przedstawienia pomysłu podróży w czasie w mediach, od Powrotu do przyszłości po czwartą część Avengers i grę Quantum Break – podstawowy motyw jest paradoksalny, no i tyle, nie ma sensu dłużej się nad tym rozpisywać, zastanawiać się, czy to głupie, czy jednak w tajemniczy sposób błyskotliwe.

Filozofia czasu

Napisanie historii filozofii czasu lub pełnego przejrzenia jej wzorcowych stanowisk to pewnie byłby wartościowy pomysł. Na razie jednak brakuje mi do tego motywacji, więc będzie wersja uproszczona i niepełna.

Powiedzieliśmy już parę słów o eternalizmie, czyli koncepcji, która sugeruje, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość istnieją „równocześnie” i w sposób równie realny. Jej dopełnieniem jest prezentyzm – głoszący, że nie mogą realnie istnieć żadne obiekty, które mają tylko części przeszłe lub przyszłe. Prezentysta twierdziłby, że istnieje tylko to, co ma fragmenty istniejące w teraźniejszości. Alternatywny sposób mówienia o tych stanowiskach polega na zastosowaniu metafory blokowej. I tak eternalista twierdzi, że cały blok czasu-wszechświata jest zawsze znany, a prezentysta, że blok czasu-wszechświata rozwija się i rośnie, no właśnie, w czasie.

Klasycznym zagadnieniem metafizycznym jest problem zmiany, można go także powiązać z filozofią czasu. Jeśli pamiętacie coś z kursu filozofii starożytnej, to pewnie skojarzycie go z krańcowymi rozwiązaniami Heraklita z jednej strony, a Parmenidesa i szkoły eleackiej – z drugiej. Heraklit twierdził, że wszystko płynie, w świecie istnieje jedynie zmiana, a Parmenides, przekornie, że zmiana byłaby możliwa tylko wtedy, gdybyśmy przyjęli istnienie niebytu – to jest jednak niemożliwe, więc żadnej zmiany w świecie tak naprawdę nie ma i być nie może. Skoro nie ma zmiany, to także koncepcja czasu musi być iluzoryczna. Dwie wzorcowe propozycje wyjścia z tego impasu proponują Platon i Arystoteles, wyróżniając dwa typy obiektów: te, które podlegają zmianie i są uczasowione – świat zmysłowy, materialny – oraz te, które zmianie nie podlegają, są wieczne i niezmienne – to świat idei u Platona, świat nadksiężycowy u Arystotelesa. Drugie ważne zagadnienie z obszaru filozofii czasu byłoby więc pytaniem o to, czy istnieją obiekty wieczne i odwieczne, niepodlegające upływowi czasu.

Trzeci wątek związany jest z relacją między czasem a poznającym podmiotem. Ze starożytnej Grecji przeskakujemy do nowożytnych Niemiec. Tam mamy filozofię krytyczną Immanuela Kanta i nieco późniejszą fenomenologię Edmunda Husserla. Zacznijmy od Kanta – słynny „przewrót kopernikański w filozofii”, którego dokonał dotyczy przejścia od perspektywy przedmiotowej do podmiotowej. Co to oznacza? Analizę ludzkiego poznania świata zaczynamy od podmiotu poznającego i analizy jego struktury. Warto dodać, że Kant odróżnia podmiot empiryczny – który można nazwać ego, to „ja”, które doświadcza świata, jest smutne lub radosne, dumne czy senne – od podmiotu transcendentalnego, założonej struktury, która jest wspólna dla wszystkich istot poznających. Ten podmiot transcendentalny porządkuje doświadczenie, do „surowych” danych doświadczenia dodaje kategorie logiczne oraz formy poznania. Tymi formami są czas oraz przestrzeń. Z uporządkowania wyłania się świat fenomenalny, którego doświadczamy na co dzień, w którym dostrzegamy obiekty umieszczone w jakiejś przestrzeni i w pewnym czasie. Pojęcie czasu zostaje więc jednoznacznie związane z podmiotowością. Czy w tym modelu świata istnieje także, nazwijmy to, czas kosmiczny, istniejący niezależnie od podmiotu, po stronie noumenów? Trudno powiedzieć. Można argumentować, że „nie”, bo czas jako taki jest formą poznania podmiotowego. Można jednak zająć stanowisko sceptyczne i stwierdzić, że „nie wiadomo”, bo o noumenach nie da się powiedzieć nic sensownego.

Analiza Husserla biegnie podobnym torem – tym razem czas zostaje związany z przebiegiem świadomości. Można analizować relację między czasem a świadomością, ale nie da się, zdaniem naszego filozofa, wyjść poza świadomość, by badać relację między czasem a światem poza-podmiotowym. Tego typu rozstrzygnięcie sprawi, że Husserl ostatecznie zajmie pozycję antyrealistyczną, twierdząc, że świat jest zależny od poznającej go świadomości.

Powiedzmy jeszcze o dwóch typach problemów, które można rozważać na gruncie filozofii czasu. Mamy więc stanowiska głoszące istnienie czasu absolutnego i relacyjnego. Wzorcowe postacie tego sporu to Newton i Leibniz. Newton twierdzi, że istnieje czas absolutny – coś w rodzaju super-zegara, który odlicza wspólny czas dla całego kosmosu. Leibniz z kolei uważa, że czas można definiować tylko w relacji do różnych ciał – stąd nazwa „relacjonizm”.

Wreszcie, na koniec, parę słów o wątku, który jest mi bliski. Jaki model lepiej oddaje istotę czasu: linia ze strzałką czy koło? W pierwszym wydaniu mamy koncepcję czasu liniowego, jednorazowego, biegnącego od przeszłości w przyszłość. Drugi wariant to przyjęcie tezy, że ta linia, której doświadczamy, to tylko mały wycinek wiecznego koła bytu. O koncepcji wiecznego powrotu i filozofii Friedricha Nietzschego napisałem licencjat – pozostaje mi do niego odesłać.

Tak rysuje się przegląd wybranych stanowisk i koncepcji w filozofii czasu. Jak widać, rozrzut zagadnień jest ogromny. Omówiliśmy status ontologiczny przyszłości, możliwość istnienia obiektów poza-czasowych, relację między czasem a świadomością, koncepcję kosmicznego zegara i wiecznego powrotu. Nieźle! Na zakończenie pora przyjrzeć się pomysłom myśliciela, który twierdził, że czas w ogóle nie istnieje.

The Unreality of Time McTaggarta

Przejrzałem trzy lub cztery internetowe encyklopedie filozoficzne, w każdej znalazłem pełny zapis imion i nazwiska naszego bohatera jako John McTaggart Ellis McTaggart, co wydaje mi się dość osobliwe. Może umyka mi tutaj jakaś oczywista informacja, ale wygląda na to, że drugie imię naszego autora brzmi tak samo, jak jego nazwisko. W dalszej części tekstu będę pisał po prostu „McTaggart” – to najprostsze rozwiązanie. Zatem McTaggart żył w latach 1866-1925. Standardowy kurs filozofii prezentuje trzy informacje na jego temat. 1) To brytyjski idealista, kontynuator pomysłów Hegla. 2) Jego najsłynniejsze dzieło to artykuł The Unreality of Time z 1908 roku. 3) McTaggart w pewnym sensie przyczynił się do powstania filozofii analitycznej. Myśliciele tacy, jak Moore i Russell byli tak zmęczeni spekulacją metafizyczną i słownikiem neoheglowskim, że stworzyli nurt filozofii, który programowo odcina się od obu tych zjawisk. Współczesna filozofia analityczna jest daleka od ostrości tego wczesnego programu, jest w niej miejsce i na metafizykę, i na rehabilitację myśli Hegla, więc McTaggart nie uchodzi już jedynie za super-złoczyńcę, którego każdy porządny filozof powinien zwalczać.

Co tu jeszcze można dodać? W zarysie wizja metafizyczna systemu McTaggarta wydaje się zbliżona do oryginalnych pomysłów Hegla, ale znajdziemy tutaj także parę zaskakujących posunięć intelektualnych. Rzućmy okiem na wyraźne odstępstwa. McTaggart przyjmuje panpsychizm – twierdzi, że w świecie istnieją jedynie dusze, które są nieśmiertelne i podlegają reinkarnacji. Oto wątek, którego nie znajdziecie w Fenomenologii ducha. Właśnie, przy okazji ducha i Absolutu – McTaggart twierdzi, że byt absolutny nie ma charakteru osobowego, więc nie może być utożsamiony z tym bytem, którego zwyczajowo nazywamy Bogiem. To rozstrzygnięcie pozwoliło mu zachować ateizm. Tak, mamy więc połączenie neoheglizmu, ateizmu, panpsychizmu i teorii reinkarnacji. Żeby było lepiej – czy może być jeszcze lepiej? – jest też ta słynna teza o nierealności czasu. Teraz ją zrekonstruujemy.

Argumentacja opiera się na wprowadzeniu dwóch pojęć, dwóch serii czasu: A i B. Seria A związana jest z takimi koncepcjami, jak przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a także naszym typowym obrazem świata. Leci, niczym wystrzelona przed wiekami strzała, z odległej przeszłości do nieodległej przeszłości, przelatuje przez teraźniejszość ku bliskiej przyszłości aż ku odległej przyszłości. Seria B związana jest z takimi określeniami, jak „wcześniej niż” oraz „później niż”. McTaggart zauważa, że wydarzenia z serii A są uporządkowane w dynamicznej relacji (przesuwają się z przeszłości w przyszłość) a wydarzenia w serii B są uporządkowane w sposób statyczny i niezmienny. Współczesny przykład zdania z serii B – bitwa pod Oliwą zawsze poprzedza protesty na Placu Niebiańskiego Spokoju.

Dalsze rozumowanie naszego bohatera przebiega następująco: aby zbudować dobrą teorię czasu musimy oprzeć się na serii A – bo czas wymaga zmiany. Chcecie uniknąć serii A? Nasza alternatywa to 1) oparcie się tylko na serii B, ta jednak jest statyczna i niezmienna, więc sama stanowi złą podstawę dla teorii czasu albo 2) oparcie się zarówno na serii A, jak i serii B – to rozwiązanie dziedziczy problemy serii A, które za chwilę omówię albo 3) oparcie się na jakiejś trzeciej, nieznanej serii – w tym miejscu można wykazać się kreatywnością. Na razie jednak porzucamy kreatywność, więc zostaje nam seria A. Cechuje ją jednak poważny problem – zdaniem McTaggarta jest sprzeczna. Konkluzję już łatwo dostrzec na horyzoncie: skoro dobra teoria czasu wymaga zastosowania serii A i skoro seria A jest sprzeczna, to dobra teoria czasu nie istnieje. Nasz autor dodaje – zatem czas to iluzja, której doświadczamy.

Zobrazujmy to rozumowanie. W oryginalnej argumentacji McTaggart korzysta z przykładu śmierci brytyjskiej Królowej Anny. Chyba chodzi o Annę Stuart, więc jej losy będą obrazowały dalsze rozumowanie w tekście. Wydarzenie, które poddajemy analizie to śmierć. Źródła historyczne sugerują, że Anna Stuart zmarła z powodu podagry i że pochowano ją w opactwie westminsterskim. Te okoliczności pozostają niezmienne. Wydaje się, że jeśli ktoś za sto lat przeczyta biografię Anny Stuart, to pozna te same fakty. W serii B nic się nie zmienia. Przykładowe zdania z serii B mogą brzmieć „Anna Stuart umarła później niż Epikur”, „Anna Stuart umarła wcześniej niż Roman Ingarden”.

Zmiana zachodzi tylko wtedy, gdy zastosujemy zdania oparte o serię A. Anna Stuart umarła 1 sierpnia 1714 roku. Wyobraźnia odpalona, żyjemy na początku XVIII wieku. Najpierw śmierć Anny Stuart to wydarzenie z odległej przyszłości, potem jest bliskie, wreszcie nastaje ten dzień, potem się oddala, odpływa ku coraz dalszej przeszłości. Wygląda na to, że seria A jest konieczna. Czy jednak jest sprzeczna? McTaggart twierdzi, że skoro przyjmujemy serię A, to musimy się zgodzić, że każde wydarzenie ma cechę przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Brzmi raczej sensownie. Teraz trzeba jednak rozstrzygnąć, czy wydarzenie ma te cechy równocześnie – co jest absurdalne, czy te cechy występują w określonym ciągu, uporządkowane jako przeszłość-teraźniejszość-przyszłość. Pojawia się tu jednak błędne koło. Chcemy zdefiniować serię A i jednocześnie musimy rozstrzygnąć, jak jest uporządkowana (równocześnie czy w sposób określony ciągiem przeszłość-teraźniejszość-przyszłość), co także pociąga za sobą serię A. Alternatywa to oczywiście regres w nieskończoność kolejnych serii i meta-serii A. To wystarczy, klasyczna sprzeczność pojawiła się w rozumowaniu.

Jak można odeprzeć argumenty McTaggarta? O pierwszej opcji już wspominałem – może da się pomyśleć teorię czasu, która nie jest oparta o serie A i B, tylko o hipotetyczną serię C lub w ogóle inny typ definiowania czasu. Może da się uniknąć błędnego koła i regresu w nieskończoność przy analizie serii A. Nie mam pomysłu, jak to zrobić, więc w tym momencie nie zaproponuję żadnej sugestii.

Mam za to raczej osobliwy pomysł na podważenie innej części argumentacji. Może okoliczności śmierci Anny Stuart wcale nie są tak niezmienne, jak twierdzi McTaggart. Potraktujcie dalsze rozważania jak gimnastykę intelektualną, a nie moją deklarację światopoglądową. Przyjmijmy więc, na potrzebę argumentacji, że zachodzi w rzeczywistości coś takiego, jak „efekt Mandeli”. Pewnie o tym słyszeliście – chodzi o zjawisko błędnego zapamiętania danego wydarzenia – zaczęło się od śmierci Nelsona Mandeli, a rozwinęło do kulturowego fenomenu, obejmującego „szokujące doniesienia” o zmianach w tekstach wielu filmów i piosenek, a nawet geografii lądów. Wyjaśnienie psychologiczne efektu Mandeli sugeruje, że po prostu mamy słabą pamięć – wydaje się nam, że coś pamiętamy, a w rzeczywistości jest inaczej. Wyjaśnienie ontologiczne tego efektu, które proponuję na potrzeby argumentacji, jest dużo bardziej osobliwe – to sugestia, że przeszłość jest niestabilna ontologicznie, z tego lub innego powodu. Kiedyś żyliśmy na linii czasu, w której Mandela umarł w więzieniu, teraz żyjemy na innej linii czasu – umarł lata później, ze starości. Ten model rzeczywistości z pewnością skłania do przyjęcia postawy sceptycznej względem danych historycznych i własnej pamięci, co zresztą może być całkiem zdrowym podejściem do życia. Nie spodoba się, oczywiście, dogmatykom, którzy stwierdzą, że „ontologiczna interpretacja efektu Mandeli jest jednoznacznie fałszywa i nie ma pokrycia w faktach”. Moje stanowisko, jeśli miałbym się deklarować, brzmiałoby pewnie tak: to ciekawy – i kreatywny! – sposób odparcia argumentacji McTaggarta. Czy jednak warto przyjąć całe to „ontologiczne szaleństwo”, jakie ciągnie za sobą mocna interpretacja efektu Mandeli tylko po to, by obronić się przed tezą McTaggarta, że czas to iluzja? Nie za bardzo.

Tenet i McTaggart

Co Tenet ma nam do powiedzenia o argumentacji McTaggarta? W jakimś sensie nie ma nam nic do powiedzenia, bo to film science fiction. Można jednak twierdzić, że przeszłość się zmienia, podobnie, jak w ontologicznej interpretacji efektu Mandeli, o którym pisałem powyżej, bo ingerują w nią podróżnicy w czasie – to także fabuła nowego filmu Christophera Nolana. A koncepcja podróży w czasie to paradoks – nie da się rozstrzygnąć, czy jest możliwa, czy nie.

Autor

  • Adam Jank (ur. 1991) - Filozof. Prezes Fundacji Humanity Plus Philosophy, redaktor naczelny Radykalnego słonia. Interesuje się filozofią języka, nauki i umysłu. Miłośnik kotów i medytacji. Mieszka w Gdyni.